Niech gra muzyka

Peter Gabriel powiedział kiedyś, iż muzyka jest wyjątkowa, gdyż dociera bezpośrednio do mózgu, bez interpretacji przez inne narządy. Słuch wysyła wszystko to, co usłyszy – „hej, mózgu, masz tu trochę dźwięków, baw się dobrze”. Gdzie inne zmysły wymagają przetworzenia zbieranych przez siebie danych przez swoich pomocników. Czy ma to sens?

Nie śmiem artyście wyszukiwać i wytykać artyście dziur w wiedzy dot. fizjologii i estezjologii człowieka. Swoboda wypowiedzi rządzi się swoimi prawami. Jednak pochylmy się wspólnie, drogi czytelniku, nad sposobem, w jaki przyswajasz bodźce płynące z konsumpcji sztuki filmowej i muzycznej.

Gdy oglądasz film i ta czy inna scena działa na Ciebie w sposób szczególny – wzrusza, przeraża czy smieszy – to jest to rezultat dosyć skomplikowanej analizy wykonanej w tzw. międzyczasie przez Twój mózg. Wydarzenia na ekranie są porównywane do znanego Ci kodu kulturowego, znajomości historii, własnych upodobań i wspomnień. Wszak obserwujesz tak naprawdę rzeczy które są dla Twojego umysłu zrozumiałe. Interakcje między ludźmi, wykonywane przez nich czynności czy operacje na przeważnie znanych Ci przedmiotach. W skrócie – jesteś doskonale przygotowany do interpretacji tego co widzisz, zatem robisz to w zasadzie bezwiednie.

Gdzie tymczasem muzyka – można powiedzieć, że z grubsza rzecz ujmując podobna jest zupełnie do niczego. Dźwięki instrumentów nie są znane Ci z natury ani żadnego innego otoczenia. Słowa piosenek to często zdania, które na pierwszy rzut oka i ucha nie tworzą wspólnie żadnej logicznej całości. Oczywiście z analizy nie uwzględniamy najniższych poziomów muzyki klubowej, chodnikowej oraz polskiego reggae.

Music_notation_1200x450

A mimo to zapewne każdy z nas potrafi błyskawicznie wskazać wiele muzycznych momentów, które niemal zawsze i bez pudła powodują gęsią skórkę. Kilka akordów, linijka tekstu – w naszej głowie jest wiele strun, które tylko czekają, żeby na nich zagrać, choć wcale ich do tego nie szykowaliśmy.

Tworzę tę blogonotkę pod wpływem właśnie takiego zagrania na strunie. Queens of the Stone Age, „I appear missing”, wersja z Open’era 2013, jakość licha, ale wykonanie rekompensuje. Przewiń do 4:34, mam nadzieję, że to poczujesz…

Niezwykle klimatyczna, tęskna, lekko niepokojąca solówka. Jest w niej coś takiego, co sprawia, że rozpaczliwie próbujesz złapać jakieś strzępy wspomnień, uczuć, chociaż nawet do końca nie wiesz jakich. Albo wolisz nie wiedzieć jakich?

A już zupełnie na marginesie to po prostu kawał dobrej multiinstrumentalnej muzyki, wykonanej przez rewelacyjnych muzyków. Niesamowicie przyjemnie słucha się, gdy zespoły osiągają ten wyjątkowy poziom synergii, gdzie wszystko tak wspaniale razem gra.

I takich kawałków można wskazać mnóstwo. Od takich wywołujących wspomnienia zupełnie prozaiczne („By the way” Red Hot Chilli Peppers i nauka jazdy) oraz te bardziej ważkie („Heartbeats” Jose Gonzaleza i ówczesne zauroczenia). Od budowania uczuć iście tryumfalnych („Heroes” Davida Bowie) aż po skrajnie gniewnych („Hysteria” Muse). Energetyki („Shined on me” Praise Cats) i smutasy („Fast car” Tracy Chapman). I tak dalej, i tak dalej…

Ech, starałem się, żeby teksty nie były pretensjonalne. Wyszło jak wyszło 🙂

P.S.Podoba Ci się? Podziel się!

Poczytaj więcej...

Nowe posty na Twojego maila

By signing up, you agree to our Terms of Service and Privacy Policy.

Kategorie

Alex Opublikowane przez:

Prywatnie - bardzo szczęśliwy mąż, zapalony gracz, podobno niezły fotograf. Cały czas uczę się siebie i odkrywam nowe pokłady rzeczy do poprawy. Sporo schudłem ostatnio, to dobrze. Zawodowo - entuzjasta marketingu on-line, próbuję dokształcać się w byciu project managerem, a na co dzień specjalista od wszystkiego co IT.

  • Skomplikowane analizy w mózgu, przy okazji przechodzące przez nasze wspomnienia, oczekiwania i marzenia – to dlatego takie od czapy rzeczy potrafię mówić, to wszystko przez muzykę 😀