film

Gdy fani stają się balastem zamiast wsparciem

Są takie miejsca w Internecie, gdzie z byle jakimi butami wchodzić nie wolno. Inaczej spuszczone będą psy wojny, które rozciągną twoje marne truchło po tysiącach forów, milionach fanpejdży i ogólnie pierdyliardach końcówek, w których geeki/nerdy/-nazi/etc. uzewnętrzniają się bez żadnych oporów.

Swój – całkiem niewąski zresztą – wycinek mają Gwiezdne Wojny. Space opera klasy B, która 40 lat temu kilkoma szczwanymi patentami zawojowała świata i stworzyła kult, którego rozmach i rozmiary do tej pory budzą zdumienie ludzi, którzy nie potrafią poczuć klimatu mocy, Jedi, mieczy świetlnych, Sokoła Millenium i szturmowców. I to pomimo – co tu dużo mówić – absolutnie banalnej historii i w większości dość przeciętnego aktorstwa.

(Tutaj oddajmy jednak honor Harrisonowi Fordowi, zdecydowanie najjaśniejszemu punktowi aktorskiego zestawu ze wszystkich dotychczasowych części).

Kadr z filmu "Gwiezdne Wojny: Nowa Nadzieja"
Kadr z filmu „Gwiezdne Wojny: Nowa Nadzieja”

Twórcom oryginalnej trylogii taka sytuacja była oczywiście konkretnie w to mi graj. Fan-baza rosła, a tym bardziej rosła kwota, którą George Lucas inkasował coraz większą kabzę za różnej maści licencje na produkcję gadżetów, książki i inne dzieła dziejące się w uniwersum Star Wars i ogólnie wszystkim co związane z gwiezdną sagą. Tutaj znów oddajmy honor, gdyż sam Lucas odmówił większych pieniędzy od wytwórni za pracę nad Gwiezdnymi Wojnami właśnie za większy udział w przychodach z tychże właśnie licencji.

Sielanka trwała, uniwersum rosło, kolejne pokolenia fanów również. Pierwsze problemy pojawiły się wraz z nadejściem tego pana:

Jar Jar Binks
Jar Jar Binks

Pojawienie się Jar Jara, który niechcący stał się mało chlubnym symbolem nowej trylogii, oznaczało koniec niepokalanej kultowości Gwieżdnych Wojen i wkroczenie bezczelnego barbarzyńcy zwanego marketingiem targetowanym.

Okazało się, że Lucas nie do końca chce robić filmy dla największych zapaleńców. Owszem, jest ich całkiem sporo. Wciąż jednak mniej niż casualowych zjadaczy popcornu, czy zwłaszcza – w przypadku Jar Jar Binksa – rodziców z dziećmi. Hajs się musi zgadzać, robimy film PG (czyli dla wszystkich dzieci pod opieką rodzica). Fanbaza donośnie huknęła z wyrazem najgłębszego oburzenia. Ich głos szybko jednak utonął pod morzem dolarów, które zarobiły nowe Star Warsy – jakieś 2,5 miliarda wpływów tylko za same bilety do kina – mało?

W niektórych miejscach w internecie bulwers trwałby po dziś dzień. Gdyby nie kilka wydarzeń, które miały miejsce w ciągu ostatnich dwóch lat.

30 października 2012 r. miało miejsce wiekopomne wydarzenie – Disney wykupił od Lucasa całość praw autorskich do wszystkiego, co związane z Gwiezdnymi Wojnami. Na zwykłym śmiertelniku wrażenie robiła wartość transakcji – ponad 4 mld dolarów.

Fanbaza zobaczyła jednak co innego…

disney-george-lucas-mickey-mouse-140810

I wiadomo – bulwers, oburzenie, szok, niedowierzanie. Tutaj z lekką taką nieśmiałością przypominano, że Disney to już nie tylko Myszka Miki, ale też np. Marvel (czyli Avengersi, czyli Robert Downey Jr. i koledzy).

Tego samego dnia ogłoszono również, iż rozpoczynają się, a jakże, prace nad nową trylogią. Fast forward i…

25 stycznia 2013 roku. Pada oficjalny komunikat, iż reżyserem kolejnej części zostanie JJ Abrams, znany głównie jako twórca serialu Lost i, co bardziej istotne z punktu widzenia tej opowieści – reżyser zrebootowanego Star Treka.

I tu atmosfera już się zagęszcza, gdyż do gry wchodzi druga fanbaza. Trekkies. zajadli wrogowie fanów Star Wars. Otóż ci Trekkies zdążyli już rzeczonego Abramsa znienawidzieć za zszarganie w raptem dwóch filmach kilku startrekowych świętości, z owłosieniem na klacie kapitana Kirka i szpiczastymi uszami Spocka na czele.

Jest to o tyle zabawne, że Star Trek to aż do czasów nowożytnych (lata 90., serial The Next Generation) to była również space opera, ale o klasę albo dwie niższa niż Gwiezdne Wojny, zwłaszcza jeśli chodzi o budżet. Trekkies oczywiście nie przeszkodziło to w powszechnym wyrażaniu bulwersu, oburzenia, szoku i niedowierzania. Tymczasem tzw. przeciętnemu widzowi nowe Star Treki się podobały, nawet bardzo. Widzicie pewną prawidłowość? But I digress.

Scenariusz do był gotowy na początku 2014 roku, w kwietniu ogłoszono natomiast obsadę. Tutaj, o dziwo obyło się bez większych ekscesów. Choć nie obyło się bez kilku żartów na temat wieku Hana Solo, księżniczki Lei i Luke’a Skywalkera. Tak, tak, główna trójca oficjalnie wraca w pełnej, choć już nieco osiwiałej krasie. Dla fanbazy moment krytyczny miał dopiero nadejść.

Otóż również w kwietniu ogłoszono, iż jedynym kanonem opowieści są wydane do tej pory filmy (oraz serial animowany Wojny Klonów). Tym samym niejako do kosza powędrował tzw. Expanded Universe, czyli wszystko, co było tworzone przez obok filmów, z tuzinami gier i tysiącami książek na czele, rozszerzające gwiezdną opowieść o to, co działo się przed, po czy w trakcie wydarzeń znanych z filmów. Cóż, twórcy usankcjonowali to, czego w sumie łatwo było się domyśleć, czyli że scenarzyści nie będą przekopywać się przez miliony stron tekstów, prawdopodobnie w sporej mierze wzajemnie sobie przeczących a i również cechujących się najróżniejszą jakością, żeby tylko zachować spójność historii. Ba, zapewne w Expanded Universe raczej ze świecą szukać bohaterów w stylu Jar Jara. A takowych wymaga marketing targetowany…

Ach, zapomniałem dodać, iż fanbaza zareagowała zwyczajowym, choć tym razem nawet silniejszym bulwersem, oburzeniem szokiem i niedowierzaniem. NO BO JAK TO ŻE NIE BĘDZIE HISTORII ADMIRAŁA THRAWNA I DZIECI LEI I HANA I W OGÓLE I WSZYSTKO.

Tzw. przeciętny widz całą sytuację odnotował, stwierdził „w sumie to słusznie” i przeszedł dalej.

Wracamy na Tatooine i do głównego wątku tego wpisu, gdyż dochodzimy do etapu – przynajmniej na tę chwilę – kulminacyjnego. Swoją premierę ma pierwszy oficjalny teaser trailera (o czasy, o obyczaje…) nowej części Gwiezdnych Wojen. Które to w międzyczasie dorobiły się podtytułu – The Force Awakens. Czyli – Przebudzenie Mocy. Kto nie widział, ten ma okazję teraz…

I tutaj znów nie można odmówić fanbazie konsekwencji w wyrażaniu szoku, niedowiarzania, itp. Przez fanowską część internetu przelała się fala ciężkiego hejtu (gdyż ciężko to nawet nazwać krytyką). Oberwało się wszystkiemu – wyskakującemu znienacka Murzynowi na pustyni (polecam – http://imgur.com/gallery/OWVRrmW), pociesznemu robocikowi (widmo Jar Jara…) czy w końcu mieczowi Sitha ze świetlnymi jelcami (http://i.4cdn.org/tv/1417226678013.jpg).

Tzw. przeciętny widz stwierdził „jest moc” i przybił JJ Abramsowi dystansową piątkę. Gwiezdne Wojny wracają ze wszystkim tym, co u ich zarania stanowiło o sukcesie. Są X-Wingi, są Tie-Fightery, szturmowcy, jest Sokół Millenium, jest klimat. I nikt za bardzo nie ogląda się na fanbazę, którą przez blisko 40 lat nie potrafiła nabrać dystansu do swojego ukochanego filmu i poskromić własnych oczekiwań. Stąd problem z akceptacją epizodów I i III (przyznaję, epizod II był po prostu koszmarnie zły, już niezależnie od świata, w którym się dzieje). Stąd również problem z akceptacją tego, co nadchodzi w epizodzie VII. Tym oczekiwaniom po prostu nie sposób sprostać, dlatego Abrams robi po prostu fajny film. I chwała mu za to.

Kurtyna.

Pzdr,

podpis2_200px

 

Alex

Prywatnie - bardzo szczęśliwy mąż, zapalony gracz, podobno niezły fotograf. Cały czas uczę się siebie i odkrywam nowe pokłady rzeczy do poprawy. Sporo schudłem ostatnio, to dobrze. Zawodowo - project manager z zacięciem do marketingu...