Fallout 4 – recenzja ze spoilerami

Zaczynać jakikolwiek tekst od sztampowego komunału jest równie łatwe co banalne. Czasem jednak sytuacja tego wymaga, gdyż mowa o kolejnej części jednej z najważniejszych serii w historii elektronicznej rozrywki. Pierwsze dwie części (wydane odpowiednio w 1997 i 1998 roku) po dziś dzień stanowią chyba niedościgniony wzór jeśli chodzi o tworzenie i rozwój postaci, a zwłaszcza wczucie się w jej charakter. Chcesz grać inteligentem, który nawet nie uniesie pistoletu? Proszę bardzo. A może kobietą nadużywającą narkotyków a swoje problemy rozwiązującą przez łóżko? Jak najbardziej. Co jednak zostało z tych Falloutów w 2016 roku?

Seria Fallout dzieje się w świecie zniszczonym przez wojnę atomową. Kończące się zasoby doprowadziły do globalnego konfliktu. Bomby spadły w 2077 roku i zalały ogniem znany nam świat. Część ludzkości przeżyła ukryta w podziemnych kryptach. Z biegiem czasu okazało się jednak, iż cele budowniczych tych schronów wcale nie były aż tak jednoznaczne…

Na powierzchni również ostały się resztki życia. Na gruzach starego świata ocaleli starają się odbudować cywilizację. Tworzą się najróżniejsze grupy – zwykli bandyci, technokratyczne Bractwo Stali, kwitnie handel niewolnikami. Gdzieś tam egzystować próbują ghule, czyli ludzie najbardziej dotknięci przez promieniowanie. Wszystkim przychodzi sprostać zagrożeniu ze strony supermutantów, nieszczęsnych ofiar ewolucyjnego eksperymentu. Blisko 100 lat później, na terenach Kalifornii, w Krypcie nr 13 awarii ulega chip odpowiedzialny za czyszczenie wody… W naszym świecie mamy rok 1997 i swoją premierę ma pierwsza część naszej serii.

Już te kilka zdań – mam nadzieję – pokazuje w jak ciekawym świecie można odnaleźć się odpalając Fallouta. Całość utrzymana jest w stylistyce retrofuturystycznej. Dzięki temu na przełomie 22. i 23. wieku możemy uswiadczyć cadillaców o wzornictwie znanym ze starych amerykańskich filmów ale napędzanych ogniwami energetycznymi. Towarzyszącą nam muzyka nie zna z kolei utworów młodszych niż te z lat 60. dwudziestego wieku.

Zresztą – jeśli obraz wart jest tysiąc słów, a filmik to 24 obrazy na sekundę, to w klimat najlepiej wprowadzi intro do Fallouta 2:

Pierwsze dwie części Fallouta działy się głównie w warstwie tekstowej, w postaci komunikatów z Pip-Boya, osobistego komputerka głównego bohatera oraz dialogów. Taka forma, działająca bardziej na wyobraźnię gracza, pozwalała na genialne wczucie się w swoją postać i otaczający ją postapokaliptyczny świat. Do tej pory uważam Fallouta 2 jako jedną z najlepszych gier ever. Taką na pewno chciałbym ją zapamiętać. Nie odważę się już dziś jej odpalić, żeby boleśnie nie przekonać się, że stara miłość jednak może zardzewieć. Nostalgia to jednak przemocarna rzecz.

fallout1_2

Problemy finansowe Interplay, oryginalnego wydawcy – long story short – doprowadziły do tego, iż prawa do marki trafiły do Bethesdy. Można było oczekiwać, iż Fallout trafił w dobre ręce. Wszak Bethesda znana była głównie z serii The Elder Scrolls, która do 2008 r. doczekała się aż czterech części (gdzie pierwsza to czasy niemal starożytne, rok 1993). Właśnie w 2008 r., po 10 latach przerwy (pomijając Fallout: Tactics, przeciętny spinoff) światło dzienne ujrzał Fallout 3.

VATS

Do dziś F3 wywołuje, lekko mówiąc, kontrowersje. Określana najgorszą częścią serii, krytykowana za zbyt duży nacisk na walkę, spłycenie rozwoju postaci i elementów fabularnych, kiepską fabułę a przede wszystkim za brak falloutowego feelingu. Cokolwiek by to miało nie znaczyć. Chyba to, że teraz wszystko stało się dosłowne. Nie ma aż tak wiele miejsca na domysły czy własne sobie dopowiadanie. Można się na to zżymać, ale Fallout po prostu szedł z duchem czasu. Czas gier z widokiem izometrycznym i tysiącami linijek dialogów po prostu przeminął.

W międzyczasie pojawił się Fallout: New Vegas, można powiedzieć, że była to część 3 i pół. Udział w tworzeniu mieli ludzie zaangażowani w produkcję pierwszych dwóch części. Nieco ciekawsza fabuła, więcej charakterystycznego poczucia humoru, trochę bardziej wyrazisty świat – to wystarczyło, żeby wkupić się w łaski fanów, którzy w końcu uznali NV za godnego spadkobiercę 1 i 2. To był rok 2010. Na kolejną część przyszło graczom czekać ładnych parę lat.

Przez ten czas środowisko żyło domysłami i spekulacjami, że „czwórka” zbliża się wielkimi krokami. Przeczucie było słuszne – mamy czerwiec 2015 roku, targi E3 w Los Angeles. Bethesda zrzuca bombę i potwierdza, że Fallout 4 będzie mieć swoją premierę jeszcze w tym samym roku. Pokazano również pierwsze fragmenty rozgrywki. I tu pojawiły się pierwsze zgrzyty…

Wizualnie F4 na pierwszy rzut oka nie powalił. Do tego mocno dyskusyjne elementy – zbieranie zasobów? Budowanie osady? Prymitywny system dialogów? Co oni zrobili z tą grą? Te głosy jednak utonęły w morzu entuzjazmu, że oto czeka nas powrót do tak lubianego świata.

Fast forward do listopada 2015 r.. Co by się nie działo, to postanowiłem podtrzymać tradycję nabywania edycji kolekcjonerskich. Przybywa zatem paczka z repliką Pip Boya w efektownej skrzynce. Sama gra czeka jeszcze na odpalenie jeszcze jakieś 2 tygodnie, aż skończę Wiedźmina 3 (co jest istotne z punktu widzenia samej recenzji). Wreszcie udaje mi się zakończyć opowieść o Białym Wilku,Ciri i Dzikim Gonie. Przychodzi czas na wyprawę do Wspólnoty…

Mijają jakieś 4 miesiące grania i w końcu na koncie w Playstation Network pojawia się osiągnięcie przyznawane za ukończenie głównego wątku. Niestety – trochę dłużyły się te miesiące. Dłużyły się w nadziei na to, że w końcu historia nabierze rumieńców. Nie nabrała. To nie ten typ gry. Kilka akapitów wyżej napisałem, że Fallout 3 szedł z duchem czasu. Niestety, F4 postanowił z tym duchem biec, a nawet go wyprzedzić. Co skończyło się tym, że skręcił nie w tę uliczkę co trzeba i trochę zabłądził.

fallout4

Czwórka musiała stanąć w szranki z Wiedźminem 3, będąc grą z tego samego gatunku. Osią różnicy stała się jednak opowiadana historia. Tutaj Wiesiek ustanowił zupełnie nowe standardy, jeśli chodzi o fabułę właśnie, barwność i złożoność postaci, interakcje z nimi czy szeroko rozumiana dorosłość poruszanych tematów. Seria zadań z Czerwonym Baronem przejdzie do historii gier i ostatecznie pogrzebie stereotyp, iż gry nie dają rady jako platforma do opowiadania historii. Stereotyp powtarzany zresztą przez samego Sapkowskiego, który wciąż chyba nie potrafi dostrzec, iż sukces gier zdecydowanie przerósł sukces jego książek. Zbaczamy jednak z tematu.

Otóż w F4 żadnego z ww. aspektów się nie uświadczy. Tu nie ma fabuły. Nie ma ciekawych postaci. System dialogów jest jakąś przykrą zapchajdziurą. Przy każdej rozmowie mamy do wyboru 4 opcje – TAK, NIE, SARKAZM, PYTANIE. Nawet uproszczony Fallout 3 ma tu bardzo mocne powody do zadzierania nosa. Oto dialogi w erze Snapchata. To nie jest gra dla starych ludzi.

Główny wątek, który ma popychać rozgrywkę do przodu i motywować do dalszego grania to ciąg absolutnie bezbarwnych zadań. Sam początek jest jeszcze ciekawy. [SPOILERY] Mamy rok 2077. Świat szykuje się do wojny, jednak główny bohater szykuje się do pracy (i tu też nowość, raczej mało oczekiwana – główny bohater dostaje swój głos, co jeszcze dalej ogranicza możliwość wczucia się w swoją postać). Nie dane mu jednak będzie podbić kartę w swoim zakładzie, gdyż będzie zbyt zajęty uciekaniem do schronu przed spadającymi bombami. Ucieczka jest skuteczna, jednak sam schron okazuje się być miejscem testowania technologii kriogenicznych. Nasz protagonista zasypia zatem na blisko 200 lat, wybudzając się tylko na chwilę, żeby być świadkiem porwania swojego rocznego synka i zamordowania żony (lub męża, jeśli zdecydowaliśmy się grać kobietą). Budzi się jakiś czas później i jak na ex-żołnierza przystało wchodzi na wojenną ścieżkę z jeszcze mu nieznanymi porywaczami i mordercami. Chwilę później dowiaduje się, że warunki życia na powierzchni uległy dosyć drastycznemu pogorszeniu. Tutaj gra nawet nie próbuje sprawić, że będziemy mieć przekonanie, że jest to dla bohatera jakieś zaskoczenie. W zasadzie przechodzi z tematem do porządku dziennego, żeby jeszcze tego samego dnia wskoczyć w pancerz wspomagany, chwycić za miniguna i stoczyć pojedynek z Deathclawem, najbardziej przerażającą bestią przemierzającą radioaktywne pustkowia. Potem już leci z górki. Dość szybko okazuje się, iż głównym antagonistą w grze będzie Instytut organizacja równie potężna co tajemnicza. Co z kolei pozwala na dosyć szybkie domyślenie się, jaki będzie główny plot twist. Wszystko przeplatane banalnymi – a miejscami irytująco powtarzalnymi – sidequestami. Idź do wioski, dowiedz się, że mają problem z bandytami na drugim końcu mapy, idź na drugi koniec mapy, rozwal bandytów, wróć do wioski, wszyscy happy, czynność powtórz. Ziew, ziew, ziew… Jedyny moment WOW! pojawia się wraz z przybyciem głównych sił Bractwa Stali wraz z ich ogromnym sterowcem. To był moment mniej więcej w 2/3 gry. Wtedy pojawiła się ww. nadzieja, że coś się zacznie dziać. No cóż…

Samo zwieńczenie historii jest bolesnym ciosem samym w sobie – do bólu sztampowym, nie wywołującym praktycznie żadnych emocji. Ot, dostajemy kolejne zadanie zrobienia porządku w kolejnym miejscu, na koniec którego to zadania okazuje się, że właśnie skończyliśmy grę. W żaden sposób nie jest pokazane jak wybory w grze wpłynęły na dalsze losy Wspólnoty. Co z kolei było jednym ze stałych elementów poprzednich części. Niestety, Fallout 4 żegna się z graczem w wyjątkowo kiepski sposób i po odegraniu krótkiego filmiku wraca nas do tego samego punktu i jak gdyby nigdy nic dalej możemy biegać po świecie. Słabo.

diamondcity

Fallout 4 jest grą o eksploracji pustkowi, zbieraniu zasobów i walce. Jeśli przyjmiemy jednak perspektywę, iż właśnie tego oczekujemy od naszych posiedzeń z padem lub myszką w ręku, to będziemy się bawić całkiem dobrze. Niektóre widoki naprawdę mogą robić wrażenie. Zniszczony Boston wraz z okolicami został znakomicie przygotowany. Mamy kilka ciekawych miejsc, w tym np. największe miasto w grze, Diamond City, zbudowane wewnątrz Fenway Park, dziś stadionu baseballowej drużyny Boston White Sox. Mamy Glowing Sea, czyli punkt w dokładnie który uderzyła jedna z bomb. Graficznie wygląda to mimo wszystko całkiem ładnie, choć widać, że animacja postaci napędzana jest tym samym silnikiem, co Fallout 3, sprzed blisko 8 lat. Mamy dosyć fajny system modyfikacji uzbrojenia i zbierania różnych modeli pancerza wspomaganego. W miarę przyzwoicie współgra z tym system rozwoju postaci – również uproszczony, ale przez to jasny. Tutaj nie ma potrzeby decydowania o rozdzielaniu punktów pomiędzy 30 umiejętności czy wyboru specjalnych perków. Znów – to nie te czasy. Mamy 7 głównych cech, każdą możemy dowolnie podwyższać, a odpowiedni poziom danej cechy pozwala na rozwijanie umiejętności charakterystycznych dla danej cechy. Np. odpowiednio wysoki poziom inteligencji pozwala na rozwijani umiejętności hakowania terminali. Proste? Jeszcze jak!

Taka rozgrywka trzymała mnie przez konsoli przez cały ten czas. Co oznacza, że pomimo tego całego narzekania, Fallout 4 wcale nie jest aż taką złą grą. Trzeba tylko przyjąć odpowiednie do niej nastawienie. Nie liczyć na zwroty akcji, tylko bawić się w odkrywanie terenu i walki z bandytami i supermutantami. To jest sól zabawy. Tylko czy to wystarczy jak na spadkobiercę po takich przodkach? Czy wystarczy powiedzieć, że to jest Fallout na miarę naszych czasów i bez żalu ostatecznie pożegnać te genialne RPGi sprzed lat? Tutaj każdy fan musi sam odpowiedzieć sobie na to pytanie. Dla mnie osobiście F4 był po prostu bardzo przyzwoitą grą, która po prostu czerpała z dziedzictwa słynniejszych poprzedniczek, samej tego dziedzictwa nie wzbogacając. Zwłaszcza fundując wspomniane już, delikatnie mówiąc rozczarowujące zakończenie.

Stąd ocena 3 Alexy na 5. Wracam do Wiedźmina, jest dodatek do ogrania.

3-05

P.S.Podoba Ci się? Podziel się!

Poczytaj więcej...

  • Thank you for playingThank you for playing Nostalgia to przemocarna rzecz. Pozwala nam wrócić do dawnych wspomnień, a w zasadzie tylko do dobrych rzeczy z nimi związanych i […] Posted in gry, recenzja, historie
  • (R)ewolucja w grach(R)ewolucja w grach Czy pamiętasz rok 1996? Co wtedy robiłeś? Jeśli jesteś - mniej więcej - moim rówieśnikiem, to całkiem prawdopodobne, że jakoś w tych […] Posted in gry, IT, sport, historie

Nowe posty na Twojego maila

By signing up, you agree to our Terms of Service and Privacy Policy.

Kategorie

Alex Opublikowane przez:

Prywatnie - bardzo szczęśliwy mąż, zapalony gracz, podobno niezły fotograf. Cały czas uczę się siebie i odkrywam nowe pokłady rzeczy do poprawy. Sporo schudłem ostatnio, to dobrze. Zawodowo - entuzjasta marketingu on-line, próbuję dokształcać się w byciu project managerem, a na co dzień specjalista od wszystkiego co IT.

  • W młodości grałem namiętnie w Baldura, Fallouta 2, Planescape: Torment – piękne były te gry, przechodziłem je na wszelkie sposoby, delektowałem się dialogami i wczuwałem w klimat. ALE ALE, wtedy poświęcenie kilku godzin na granie na dzień było jak splunąć. Jakiś czas temu zabrałem się za Fallouta 3 i po jakimś czasie stwierdziłem, że za wolno się ta gra rozkręca i odpuściłem, bo szkoda mi było czasu.
    czasami myślę, że starsi gracze cierpią na tą samą przypadłość co ja, a ci młodsi (wiadomo, młodsze pokolenie na starcie stracone;)) wyrośli na grach, które nie wymagają zbytniego skupienia – więc najpierw twórcy gier sami zaniżyli poziom a teraz się do niego dostosowują 🙂

    • na koniec dnia chodzi przecież o pieniądze i o to, że gra musi na siebie zarobić. Na samych weteranach pierwszych dwóch części Bethesda nie zarobi, więc trzeba sięgać po nowych odbiorców. Podoba im się Minecraft? Robimy crafting. Nie lubią czytać? Kastrujemy dialogi. Itd…